Odpowiedzialność nie ma względu na płeć

Już jako nastolatka doświadczyłam, jak ogromna jest rola ojca w wychowaniu dziewczynki na świadomą swojego piękna i wartości kobietę. Miałam to szczęście, że zdążył przekazać mi swoją dumę ze mnie, mnóstwo ambicji i planów nie liczących się z brakiem równouprawnienia. Roztaczał przede mną wizję studiów za granicą, zaangażowania się w politykę czy biznes na światowym poziomie. To wszystko było w zasięgu mojej ręki i stawało się osiągalne dzięki jego słowom, jego wierze, jego nadziejom.

Z każdym rokiem życia coraz wyraźniej widzę też rolę mojej mamy. Tej, która była pierwszą powiernicą moich tajemnic z podwórka i ławki szkolnej. Tej, która pamiętała imiona i twarze wszystkich moich znajomych, których niezliczone liczby nocowały i jadły w naszym domu. To mama była dla mnie pierwszym wzorem strażniczki domowego ogniska, realizacji zawodowej, zaangażowania społecznego. Jednocześnie to ona znosiła moje burze hormonalne, wszystkie skierowane w nią ataki pod hasłem „nie chcę być taka jak ty!”.

Psychologia podkreśla rolę obydwojga rodziców w wychowaniu dziewczynki na kobietę. Jedno i drugie ponosi odpowiedzialność za podwaliny do zbudowania poczucia własnej wartości, akceptacji siebie we własnym ciele, a nawet radości z tej a nie innej płci. Wzięłam sobie jednak do serca też teorie mówiące o roli matki, która jest pierwszym obrazem kobiecości w oczach dziecka. A gdy dziewczynka zaczyna dorastać do tych maminych szpilek mierzonych ukradkiem, zaczyna się jazda: nagle z piedestału spadasz jako matka na samo dno, po czym po buncie dojrzewania masz szansę na zbudowanie nowej, partnerskiej relacji. Zdaję sobie sprawę, że to ogromny skrót myślowy – tak go zobaczyłam wtedy, gdy dowiedziałam się, że od tej chwili nie tylko jestem kobietą, ale i matką małej kobiety.

Jestem kobietą, czyli kim?

Tamta chwila była punktem zwrotnym w moim odkrywaniu swojej płci. Dominikanin Adam Szustak powiedział kiedyś prosto „Bóg ma dwa pomysły na człowieka: możesz być kobietą albo mężczyzną. Innej opcji nie ma”. Na nowo postawiłam sobie pytanie, na ile akceptuję to, że jestem kobietą? Co to w ogóle dla mnie znaczy? Ile we mnie radości, a ile rozgoryczenia w związku z moją płcią? Co jest moim szczególnym darem, którym jako kobieta wnoszę do świata?

We współczesnym świecie wcale nie jest łatwo szukać odpowiedzi na te pytania. Już małe dziewczynki mają mnóstwo wątpliwości, czy są wystarczająco piękne, mądre, odważne, czy zostaną zaakceptowane takie, jakimi są tu i teraz, z pryszczami czy krzywymi nogami. Jako nastolatki wpadamy w sidła porównań z pierwszymi stronami gazet, na tle których zawsze wypadamy gorzej niż źle. I takie nieadekwatne i niewystarczające wkraczamy w dorosłość. Tu czeka kolejna pułapka: presja bycia perfekcyjną w każdym calu i w każdej pełnionej roli. To nie mężczyźni są najgorszymi krytykami figury po ciąży, to nie oni pastwią się nad bałaganem w domu czy „złym wychowaniem” naszych dzieci. Najczęściej to inne kobiety są autorkami złośliwych, trudnych do wybaczenia komentarzy… Domyślam się, że nie robimy sobie tego ze złej intencji, raczej z bezradności i niepogodzenia się z samą sobą, z własną niedoskonałością w tym idealnym świecie.

W moich poszukiwaniach odkryłam trzy otwierające oczy nagrania: reklamę Always , filmik na profilu Robyn Briggs i kampanię Dove. Warto je obejrzeć i przemyśleć po swojemu. Dla mnie każdy był nauką: o byciu wystarczająco dobrą i dumną z siebie; o odpuszczaniu perfekcji i byciu sobą, o wspieraniu siebie zamiast karceniu za mniej lub bardziej wyolbrzymione błędy. O tym, że pomysł Boga na mnie jest najlepszy z możliwych, bo tylko jako kobieta mogę w pełni się zrealizować. Zrozumiałam swój wyjątkowy dar dla świata jako dawanie życia w każdym jego aspekcie: nie tylko fizyczne rodzenie dzieci, ale stawanie się „mieszkaniem” na dłużej niż 9 miesięcy. To bycie domem uczę się realizować jako budowanie zaufania tam, gdzie jestem, godzenie zamiast kłócenia innych ze sobą, wspieranie i dawanie bezpieczeństwa, by ludzie w moim otoczeniu mogli się rozwijać. To jest możliwe, gdy mam kontakt z samą sobą, swoim sercem. Jest to osiągalne na tyle, na ile sama noszę w sobie radość, dumę i głębokie szczęście z tego, że jestem kobietą.

Kołysanka dla mojej Córki

Ułożyłam piosenkę dla Małej, którą śpiewam jej codziennie, pełnym głosem i prosto z serca. Zawiera najważniejszy przekaz, z jakim marzę, by weszła w dorosłe życie.

Hej Maluszku, kocham Cię
Jesteś piękna, czy Ty wiesz?
Jesteś dobra i chciana przez Pana
I mądra też

Ta droga, którą przeszłam od momentu „dziewucha, jak ta lala!” do dzisiaj, do melodii tej kołysanki, była najpiękniejszą lekcją o byciu kobietą. Bardziej pokochałam siebie, swoją niedoskonałość, wrażliwość, słabość. Mam więcej odwagi i siły do dzielenia się tym, co we mnie wyjątkowe.

I najważniejsze: już nie boję się tego, że jestem matką małej kobiety 😊

 

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here