Jeszcze kilka lat temu wchodząc do kościoła na chwilę modlitwy widziałam tylko smutne twarze, długie spódnice i siwe włosy wystające spod szarych beretów. Widziałam głównie kobiety. Dziś patrzę inaczej. Patrzę przede wszystkim na siebie, bo nie rezygnując z siebie, znalazłam w Kościele swoje miejsce.

Kościół dał mi wiele dobrego. Ale też postawił przede mną ogromne wyzwanie: wobec tego, z czym się powszechnie może kojarzyć, zmusił mnie do przemyślenia siebie na nowo, nazwania swoich pragnień i poszukania głęboko, co tak naprawdę chrześcijaństwo myśli o kobiecie.

Kobieca religijność emocjonalna

Kobiety ciągną do Kościoła, bo można doświadczyć tam wielu emocji. A my przecież kojarzone jesteśmy w emocjami. Można przeżyć ekstatyczną modlitwę pełną uniesień, można poczuć się dobrze we wspólnocie, można też sobie trochę nawrzucać, popastwić się wewnętrznie nad sobą, przeżyć głęboko żal i wyrzuty sumienia. Uwielbiamy pławić się w tym emocjach. A Kościół bardzo temu sprzyja. Tylko, że z samego przeżywania nic jeszcze nie wynika.

Pamiętam rozmowę przed laty z siostra zakonną, która opisywała trudności młodych kandydatek w ich wspólnocie. Wychowane w religijnych grupach miały wyobrażenie, że będą duchowe doznania na granicy mistycyzmu, wspólna modlitwa uwielbienia, śpiew, towarzyszki podróży, które przytulą, gdy będzie trudno, rzucą jakimś cytatem Pisma Świętego, a na słabości zareagują bezgraniczną akceptacją. Nie były gotowe na wymagania, ciężką pracę fizyczną, posłuszeństwo, nieliczenie się z ich wizją własnego zaangażowania, ludzkie kłótnie, ani na to, że ktoś może ich nie lubić, mieć z nimi nie po drodze. Dokładnie tak samo jest w świeckim świecie i od tego świata nikt nie ucieknie.

Nie mam nic przeciwko przeżywaniu, za którym idzie zmiana, postawa, model życia, w którym zamiast uciekać od braku wewnętrznych wrażeń w Kościół, wracamy z Niego silniejsze i bardziej gotowe zmierzyć się z wyzwaniami świata. Wspólnota nie jest miejscem, w którym jest mi dobrze, bo gdzie indziej idzie mi słabo. Ma być raczej przestrzenią, w której ludzie nawzajem dopingują się do tego, jak zachowując swoje ideały, stawać się bardziej przebiegłym i skutecznym także poza nią.

Niezrozumiałe rytuały

Kościół jest pełen rytuałów. Powtarzalnych czynności, przy których niewiele trzeba, żeby mówić, że praktykuję, angażuję się, jestem w czołówce. Kojarzy mi się to z takim „odmóżdżeniem” przy sprzątaniu, albo gotowaniu, albo przekopywaniu grządki. Lubimy to. Lubimy to, co znamy i umiemy. Spotykam do dziś w kościołach obrazek pań, które uczestnicząc w eucharystii przerzucają paciorki różańca w ręce. Przyzwyczajenie. Czasem może przeszkadza nam brak rozwoju, stanie w miejscu, ale łatwo zagłuszamy ten wewnętrzny głos znów robiąc „to samo, to samo”. Rytuały nie są sednem chrześcijaństwa, są raczej drogowskazem, jednym w wielu, który ma nas doprowadzić do głębi.

Naszym obowiązkiem jest kontakt z tajemnicą wypracowaną przez lata trwania chrześcijaństwa, próba zrozumienia jej. Co stoi za rytuałami? Jak powinniśmy żyć? Co jest najważniejsze? Odpowiedzi na te pytania wcale nie są łatwo dostępne, gdyż są przykryte mnóstwem interpretacji. I rytuałów na których można się zatrzymać.

Dla mnie najważniejsze było danie sobie przyzwolenia, by nie przeceniać wagi rytuałów. Dzięki temu odkryłam, że ja jestem ważna. Moje pragnienia. Moja relacja z Bogiem budowana w oparciu o debaty o naszych ideałach. Kojarzy mi się to z małżeństwem, w którym spotykają się dwie różne osoby. Mające inne poglądy, pomysł na życie, pragnienia. I dogadują się, zabierając od siebie nawzajem to, co najlepsze. Czasem nawet tracąc z miłości, by wspólnie uzyskać więcej. W małżeństwie też są sytuacje, w których optymalizujemy nasze życie przez pewne uproszczenia: niedzielne wspólne śniadanie, wspólna modlitwa, podział obowiązków, system komunikacji. Ale one mają tylko służyć relacji, nic ponadto.

Patriarchat

No i w ogóle ciężko być kobietą w Kościele kierowanym przez mężczyzn. To przerażające, że rola kobiet przez wieki była u boku. Zawinił nieszczęsny opis stworzenia, w którym o kobiecie powiedziane jest: „uczynię mu niezbędną dla niego pomoc.” Dziś dopiero podejmowane są pierwsze próby nadania kobiecie większego znaczenia, niż tylko służąca. Są kobiety, które w tej roli odnajdą się znakomicie. Jako żony, matki, sekretarki przyjmują podobne postawy, więc czemu miałoby je to razić w Kościele? Mnie raziło, dopóki nie zadałam sobie pytania, komu służę? Czy służę mężczyźnie, bo taka jest struktura; czy służę sprawie, ideałom? To zupełnie zmienia perspektywę. Bo staję się niezależną jednostką, która podejmuje swoje indywidualne decyzje, za które bierze odpowiedzialność.

Na czym więc może polegać rozwój kobiety w Kościele?

Najpierw jako chrześcijanka muszę poznać mojego Boga. Nie to, co o Nim mówią, ale to, co sam mówi o sobie. Mam też obowiązek poznać siebie, żeby wiedzieć, kim jestem w tej relacji, jakie są moje pragnienia. Dopiero wtedy budujemy. Z tej relacji wyniknie pewnie przyjęcie pewnych chrześcijańskich ideałów. I zaczyna się służba. A życie służyć ideałom, trzeba sporo umieć, radzić sobie w trudnych sytuacjach, mieć odwagę, spryt, budować relacje, które dadzą nam siłę.

Taka jest też moja historia w Kościele. Odrzuciłam wszystko, co mi się z całą mocą narzucało, wszelkie wyobrażenia i powszechne opinie. Dla mnie bycie w Kościele przyniosło odkrycie, czego pragnę. A sięganie po to, czego pragnę wymaga stałego rozwijania siebie i przekraczania tego, co jeszcze niedawno wydawało mi się nierealne. Rozwój w Kościele dziś nie kojarzy mi się ani z ferajną emocji, ani w wpisywaniem się w rytuały i hierarchiczną strukturę. Raczej kojarzy mi się z nadążaniem, zmianą, mierzeniem się z wewnętrzną burzą, która wywołuje każdy kolejny krok. Ale ten rozwój daje mi szczęście.

A jakie są Twoje skojarzenia z rozwojem kobiety w Kościele?

1 KOMENTARZ

  1. Najbardziej uderzył mnie fragment „Mnie raziło, dopóki nie zadałam sobie pytania, komu służę? Czy służę mężczyźnie, bo taka jest struktura; czy służę sprawie, ideałom?” To faktycznie całkiem zmienia perspektywę myślenia o mojej roli w kościele. Każdy ma jakąś rolę w Kościele. Przyjęło się, że mężczyźni mają z góry przygotowane jakieś miejsce w Kościele, a kobiety nie. I jakoś na przestrzeni lat kobiety trochę nieudolnie starają się porównywać do męskich ról zamiast poznać siebie, swoje pragnienia i poszukać wokół siebie innych kobiet, które je podzielają i z nimi zacząć pracę nad czymś nowym. A miejsca w Kościele wystarczy dla wszystkich 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here