Problem z biszkoptem w tle

Pamiętam pierwsze dziecko, pierwszy żłobek wybierany z ogromną pieczołowitością i starannością. I ten stres jechania z córką wózkiem w zatłoczonym do granic możliwości autobusie, bo poprzedni nie przyjechał. Wszyscy się pchają, dziecko ryczy, a „życzliwe” panie z krzesełek komentują moje metody opieki. Poziom frustracji u mnie i u malucha ogromny. Tak zaczęliśmy i szybko zakończyliśmy przygodę w grupie żłobkowej w wymarzonym przedszkolu. Zastanawiałam się, czy sobie poradzę z takimi dojazdami. I odpuściłam.

Stwierdziliśmy z mężem, że pójdziemy za radą kolegów z pracy i wybierzemy żłobek, który jest blisko. Tym samym nasze dziecko zaczęło karierę w pobliskiej placówce opiekuńczej. Intuicja mówiła, że to nie jest dobry wybór. Ale rady otoczenia, nasze logiczne argumenty pomogły nam zracjonalizować wybór. Po kilku miesiącach przekonaliśmy się, że jednak intuicja nas nie myliła. Problemy z właścicielką i personelem narastały. A my – tym razem już z pełnym przekonaniem – wróciliśmy do placówki numer jeden. Postanowiliśmy przezwyciężać kryzysy i wozić dziecko dalej… Ale za to mieć pewność profesjonalizmu placówki i jakości pracy z dziećmi. Trudności w podróży samochodem mąż rozwiązywał biszkoptami. Na podróże autobusem ja miałam żelki i opracowane najlepsze połączenia komunikacyjne.

To dopiero początek

Samochód mieliśmy jeden, ja nie umiałam jeździć, a mąż nie był w stanie codziennie zawozić i odbierać dziecka, ze względu na daleki dojazd do pracy. W jedną stronę nasza pociecha podróżowała samochodem, a w drugą autobusem. Tak zaczęła się moja przygoda z myśleniem – „jak sobie poradzę” w miejsce „czy sobie poradzę”. Zamiast marnować wysiłek na tworzenie strasznych wizji, jak trudne mogą być podróże i co mnie spotka w komunikacji miejskiej, kreowałam rozwiązania. Przydało mi się to ogromnie, kiedy po 2,5 roku urodziło się kolejne dziecko, a przedszkole nie przybliżyło się do naszego domu. Podróż w obie strony zajmowała mi 90 minut. Autobus, przesiadka na tramwaj, czekanie na ten niskopodłogowy, dojście do przedszkola, i znów tramwaj i autobus. Działy się różne rzeczy. Sprawdzaliśmy różne konfiguracje. Ja na przykład odkryłam, że wolę zawozić dziecko do przedszkola niż z niego odbierać. Wtedy w podróży powrotnej miałam tylko niemowlaka, i kiedy był on najbardziej zmęczony całą uwagę mogłam poświęcić tylko jemu.

Autobusowa szkoła rozwiązywania problemów

Po 2 latach kolejne dziecko. Tym razem przy moim boku pięciolatka, trzylatka i wózek z noworodkiem. Kolejne odkrycie – najmniej stresów jest, gdy jeździmy autobusem, który zatrzymuje się na przystanku tramwajowym. Dzięki temu unikamy przechodzenia przez ruchliwe skrzyżowanie, nie ma też do pokonania drogi między przystankami. Problem polegał na tym, że taki autobus jeździł co 40 minut. Musiałam totalnie zoptymalizować poranki – wstawanie, ubieranie trójki dzieci, jedzenie. Zdarzyło nam się wyjść bez śniadania (wzięłam na wynos :-)), czy podbiegać. Ale zawsze byłyśmy na czas.

Bardzo dużo nauczyło mnie jeżdżenie komunikacją miejską z dziećmi. Przy trzecim dziecku miałam już dużo luzu mentalnego, wiedziałam, że sobie poradzę. Kreowałam dużo rozwiązań i optymalizacji. Dzieci były bardzo samodzielne. Otoczenie życzliwe. A mnie do dziś zostało myślenie „jak sobie poradzić”, które za każdym razem otwiera nowe możliwości. Polecam z całego serca!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here