To było najpiękniejsze małżeństwo, jakie kiedykolwiek spotkałam. Miłość w czystej postaci. Kiedy o nich myślę, zastanawiam, co takiego jest we mnie, że nie potrafię TAK kochać. Co mi przeszkadza? Jakie stereotypy wygrywają i nie pozawalają mi się rozwijać jako żonie?

On. Był wielki, zniszczony przez ciężką chorobę, przykuty do łóżka od wielu miesięcy. Całymi dniami siedział w łóżku. Na leżąco się dusił. Wzbudzał litość w każdym, kto przechodził obok i zajrzał do szpitalnej sali, w której toczyło się jego życie.

Któregoś wieczoru zobaczyłam przy nim kobietę. Ona. Patrzyła na niego z czułością i trzymała go za rękę. Nic nie mówili. Na ich twarzach widziałam spokój, pewność, radość.
„Jak Państwo sobie radzicie na co dzień?” zapytałam. Życie z osobą niepełnosprawną, która sama nie jest w stanie zjeść, umyć się czy przewrócić na bok, wydało mi się udręką. „Normalnie” powiedziała. „Karmię go, kąpię, jestem. Przecież jestem jego żoną”.

„Należy mi się”

Odkąd wyszłam za mąż w mojej głowie naturalnie pojawiały się myśli, co mi się należy jako żonie. Mąż ma mnie adorować, doceniać, wspierać w rozwoju, przynosić kwiaty, zabierać na randki, zaskakiwać, inspirować, dobrze zarabiać, naprawiać zlew, odkurzać, zajmować się dziećmi… To oczywiste, prawda?

Dziś widzę, że zasadniczo nic mi się nie należy. Wszystko jest darem. Ratuje mnie wdzięczność. Zamiast przechodzić obojętnie obok tych wszystkich drobnych przysług, staram się wieczorem zrobić przegląd dnia i podziękować za nie. To zupełnie zmienia optykę i czuję się wielka szczęściarą!

„Ty się zmień”

Oto sytuacja, która pokazała mi kolejną pułapkę myślenia. Kiedy mój mąż wraca do domu, ma w zwyczaju rzucać ubrania na krzesła w salonie. Ja mam w zwyczaju wkładać ubrania od razu do szafy (lubię porządek). Scenariusz zatem wyglądał za każdym razem podobnie: on rzuca ubrania, ja proszę (dosadnie), żeby je włożył do szafy albo sama to robię, mamrocząc coś pod nosem. I co dzień to samo. Taka ukryta walka o to, kto ma rację. Wiadomo, że ja, bo porządek musi być i on ma się zmienić.

Aż odkryłam, że porządek jest ważny dla mnie, nie dla niego. To moja potrzeba, moja odpowiedzialność! Przecież gdyby mieszkał sam, mógłby sobie rzucać ubrania, gdzie chce – i nie przeszkadzałoby mu to. Czy on musi się zmienić? Nie musi, ale może. Powiedziałam mu, że to dla mnie ważne. On się stara o tym pamiętać, a ja nie mamrotać.

„Ja mam gorzej”

Pamiętam swój urlop macierzyński z dwójką małych dzieci. Często czekałam niecierpliwie do 17.15 na powrót męża (spóźnienia nie wchodziły w grę), żeby mu opowiedzieć, jak mi było ciężko. A gdy czasami przychodził zmęczony albo zdenerwowany? Jak on mógł? Przecież w tej pracy to sobie odpoczął od dzieci. Powinien mieć dużo energii i zapału.

Pamiętam, jak ja wróciłam do pracy. Wracałam po całodobowym dyżurze, dzieci się na mnie rzucały, a ja chciałam mieć chwilę spokoju. Zresztą, skoro mąż sobie z nimi spał w ciepłym, przytulnym łóżku, to raczej odpoczął. Nie to, co ja – w pracy, w biegu, w stresie. Mógłby się zająć nimi jeszcze trochę.

Gdzie tu logika? No właśnie. Bo miałam taki schemat myślenia, że „ja mam zawsze gorzej”. Teraz wychodzę do męża z pytaniem „co dziś przeżyłeś?” i próbuję odłożyć na chwilę swoje sprawy, żeby usłyszeć, co on ma do powiedzenia. Wtedy powstaje przestrzeń, gdzie możemy się spotkać z tym, co przeżywamy każdego dnia, nie licytując się, kto ma gorzej. Powstaje przestrzeń na wsparcie. Przestrzeń, by przekroczyć swój egoizm, żeby kochać. Żeby być lepszą żoną.

Masz jakieś swoje stereotypy, coś, co Cię hamuje przed byciem fajną żoną?

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here